Przygoda zaczyna sie juz na lotnisku w Balicach. Podrozowanie na stand bay-u niewatpliwie podnosi poziom adrenaliny. Tak jak sie spodziewalysmy, samolot do Frankfurtu jest pelny. Juz obmyslalysmy plan teleportacji do Katowic, skad mialysmy wieksze szanse zalapac sie na samolot ale przemila pani z obslugi, minute przed zamknieciem check in-u informuje nas, ze nie stawilo sie dwoch pasazerow. Lecimy!!!!!!!!!!!!!!! Jupiiiii!!!!! Pani byla tak uprzejma, ze dala nam boarding passy az do samj Jakarty (i to z przydzielonymi miejscami). Tuz po odprawie paszportowej orientujemy sie, ze pani w swej uprzejmosci byla az nadgorliwa i dala nam super miejsca w samolocie odlatujacym 12-go a nie 11-go wrzesnia! Ale przeciez nie ma sytuacji, w ktorej bysmy sobie ni poradzily. We Frankfurcie idziemy zmienic rezrwacje. UPS! I ten samolot jest przepelniony. Czeka nas 14-godzinna podroz na dwoch roznych koncach samolotu. Oj, nie bedzie wspolngo drinkowania:( Zajmujemy miejsca i wtedy Bas wkracza do akcji. Probuje namowic siedzacego obok niej pana zeby zamienil sie miejscem z Goldi. Pan poczatkowo stawia opor ale profesjonalny foch, lzy w oczach i terror przy uzyciu poduszki robia swoje i pan grzecznie maszeruje z Basem na swoje nowe miejsce. Sasiadom Agaty zedna miny bo zamiast malej Goldi dostaja miedzy siebie 200 kg zywej wagi. Prosze Panstwa, impreze czas zaczac!! :)