5.00 rano. Przymusowa pobudka. Ze snu wyrywa nas, tym razem nie banda komarow, ale glosne zawodzenie. W polsnie, Agata zastanawia sie kto o tej porze gra koncert, Basowi nasuwa sie jedna mysl: to kibice wracaja z meczu pilkarskiego. A moze to po prostu juz objawy malarii???;) Nie, to muezin nawoluje wiernych aby przybyli na modlitwe do meczetu.
Wstajemy. Pakujemy plecaki i udajemy sie w poszukiwanie bardziej cywilizowanego miejsca do spania. Dostajemy pokoj w Hostelu 35 (pokoj z wiatrakim, malzenskim lozkiem 100 000 Rp). W koncu mozmy sie wykapac. Zycie jst piekne. Wydaje nam sie, ze dzisiajsza noc spedzimy w raju.
Dzien spedzamy na wloczeniu sie po Jakaracie. Miasto strasznie meczy. Jutro przed 5 rano wsiadamy w autobus do Pangandaran - javajskiej mekki surferow. Can't wait:)
P.S. Zdjecia coming soon:)