Wczorajszy wieczor mial sie zakonczyc wczesnie ze wzgledu na czekajaca nas podroz. Jednak swiezo nawiazana znajomosc naklonila nas do zmiany planow. Do pokoju obok wprowadzily sie dwie Niemki: Rebecca i Linda. Pobyt w Indonezji zaczal sie dla dziewczyn wyjatkowo pechowo. Nie dosc, ze zgubiono ich bagaz to jeszcze kolezanka, z ktora mialy sie spotkac wyladowala w szpitalu z Goraczka Denga. Na pocieszenie zaproponowalysmy dziewczynom wyjscie na piwo. Okazalo sie, ze bar do ktorego poszlysmy ma 2 rodzaje menu: dzienne i nocne. 2 godziny wczesniej za piwo placilysmy 15 000 Rp a juz pare godzin pozniej 30 000 Rp. This is Jakarta!
Ta zmiana planow owocuje poznym powrotem i zaledwie trzygodzinnym snem. Przed 5.00 nad ranem pobudka razem z rabinem. Tym razem chyba uratowal nam zycie! Zbieramy plecaki i pedzimy na umowione miejsce skad ktos ma nas zawiezc na stacje autobusowa. 5.00 rano - dobiegamy na czas. 5.10 - nadal nikogo nie ma. 5.15 - zaczynamy sie dobijac do agencji turystycznej skad mialysmy transport. Obylo sie bez forsowania drzwi bo biuro jest otwarte ale w srodku brak zywej duszy. Zaczynamy sie denerwowac ale glosne "Welcome" towarzyszace otwieraniu drzwi budzi kilkunastoletniego chlopca, ktory jest chyba pracownikiem biura. Okazuje sie, ze nikt na nas nie czeka. Chlopak z azjatyckim spokojem (ktory doprowadza nas do furii) zaczyna robic jakies notatki. Zwracamy mu uwage, ze moze by laskawie sie pospieszyl bo (jedyny) autobus chyba juz odjezdza. Chlopak budzi swojego kolege spiacego drzwi obok i mowi nam, ze to on zaprowadzi nas (na nogach!) na stacje. W tym momencie miarka sie przebrala i prawie dochodzi do rekoczynu (stacja jest oddalona na tyle, ze na nogach z plecakami nie mamy szans zdazyc na autobus o 5.30). Wymuszamy na nim transport taksowka. Jedziemy! Jednak miejsce, ktore mialo byc dworcem jest przystankiem autobusowym. W trojke wsiadamy do miejskiego autobusu. Chlopak jest wyraznie zagubiony. Przesiadamy sie kilka razy. W ktoryms momencie Agata mowi: "Bas, popraw mnie jesli sie myle ale ten pomnik juz chyba mijalismy". Na to nasz przewodnik: "Sori, de rong bas!". Po ok godzinie bladzenia po miescie i jazdy roznymi autobusami docieramy na stacje. Chopak wydaje sie jeszcze bardziej zaubiony niz my. Czerwone ze zlosci pytamy jak mamy wydostac sie z Jakarty skoro jedyny autobus juz wyjechal? Chlopak ze stoickim spokojem pakuje nasze plecaki do zdezelowanego autobusu dla miejscowych. Ok, nie byloby problemu gdyby nie fakt, ze byl on trzy razy tanszy niz ten, za ktory zaplacilysmy. Miejsc jest sporo, niby mozna sie wygodnie rozlozyc... Zajmujemy pierwsze lepsze miejsca i wtedy..o zgrozo! co drugie siedzenie okazuje sie byc zazygane (przepraszamy za doslownosc:)) A dodatkowo na podlokietnikach wisza worki z wymiocinami! Bleee!!!! W takich warunkch, w oparach dymu (tak tak, tutaj sie pali w autobusie) ruszamy w osmiogodzinna podroz do Pangadaran. Jednak mija 10 godzin a tu dalej konca nie widac. Tylko pola ryzowe na horyzoncie... Ostatecznie po 12 godzinach docieramy, jak nam sie wydaje, na koniec swiata. Wymeczone i wyglodniale zatrzymujemy sie w pierwszym lepszym hostelu. Negocjujemy cene (Lebaran- czyli koniec Ramadanu winduje cene) i za 150 000 rezerwujemy pokoj w Hostelu Pongok Wulan (godne warunki za rozsadna cene - polecamy).