Znowu pada! Tym bardziej nie jest nam zal opuszczac halasliwe Pangandaran (wybierajac sie do tej mioejscowosci polecamy zabrac stopery do uszu).
Uczymy sie na bledach i zamiast autobusu wybieramy pociag. W ten sposob chcemy uniknac korkow. Ze wzgledu na Lebaran, wszyscy odradzaja nam podroz klasa ekonomiczna i sugeruja klase biznes. Oczywiscie ignorujemy dobre rady miejscowych aby pozniej gorzko tego pozalowac. Na stacji istna dzungla. Ludzie koczuja od kilku godzin aby miec szanse wsiasc do pociagu. Podjezdza pierwszy pociag. Tlum rzuca sie do drzwi, niektorzy probuja nawet wejsc oknami, ale niestety pociag jest tak przeladowany, ze wiekszosc zostaje na peronie, w tym my. Decydujemy sie na upgrate naszych biletow na wspomniana klase business. Miny nam zedna gdy dowiadujemy sie, ze juz dawno nie ma miejsc. Byc moze fakt, ze jestesmy jedynymi bialymi w promieniu conajmniej kilku kilometrow (i to kobietami) powoduje, ze pracownicy linii kolejowych pozwolaja nam jechac 'in the restaurant". Owa restauracja okazuje sie po prostu kuchnia, na podlodze ktorej spedzamy nasza podroz. Chyba jak zwykle mamy wiecej sczescia niz rozumu:)
Oczywiscie z opoznieniem, ale tym razem tylko kilkugodzinnym docieramy do Yogyakarty. Co za szok! Tutaj sa turysci! W drodze do hostelu z usmiechem wspominamy muzulmanskie kobiety, ktore z podziwem a byc moze z zazdroscia, patrzyly jak w deszczu i z ciezkimi plecakami, sprytnie przebijamy sie przez tlum i ladujemy sie do wagonu restauracyjnego. Bylo to o tyle przykuwajace uwage, ze wejscie bylo poza peronem. Pierwszy i zarazem jedyny stopien znajdowal sie na wysokosci wzroku Goldi.
Jestesmy w centrum Yogakarty, przez miejscowych zwanej Yogya. W swietnych humorach ruszamy na podboj miasta.