Pakujemy plecaki i ruszamy w strone wschodniej czesci wyspy aby zdobyc szczyt wulkanu:)
Kolejna "ekscytujaca" podroz. Znowu 12h w minibusie. Jedziemy w towarzystwie prawdziwych backpakersow: mlodego Niemca o dziwnym afrykanskim imieniu, ktory od kilku miesiecy samotnie podrozuje przez Azje, sympatycznej pary z Holandii oraz wyluzowanego Holendra z kilkunastoletnia corka. Niestety przez caly dzien nic sie nie dzieje, bo co moze sie dziac w minibusie? Jedyna dawka emocji jest szalona jazda indonezyjskiego kierowcy.
Wieczorem zaspane docieramy do Popongan. Nasz kierowca nie mowi po angielsku i nikt nie jest nam w stanie wytlumaczyc co sie dzieje. Jacys ludzie karza nam opuscic busa i oddac bilety. Pojawia sie dukajacy po angielsku Indonezyjczyk o dlugich wlosach i paznokciach. W tym momencie zaczynaja sie problemy. Nasz Niemiec chce odzyskac swoj bilet na co Indonezyjczyk wpada w furie. Zaczyna nas wyzywac i grozi Niemcowi, w kolko powtarza: "Want fajt wit mi?? ju german maderfaker!!!!" Probujemy go uspokoic ale ten krzyczy, ze Niemiec dalej nie jedzie i wciska mu bilet za koszulke. Solidarnie oznajmiamy, ze bez niego nie jedziemy. Atmosfera jest naprawde goraca, ale ochladza ja co? oczywiscie deszcz, ktory znowu zaczyna padac! Szybko przenosimy nasze plecaki do kolejnego podstawionego minibusa (chyba dla karlow!). po dwoch godzinach docieramy do hostelu u stop wulkanu. Szybki spacer po okolicy dla rozprostowania kosci i do spania. Jak dobrze, ze mamy ciepla wode w lazience bo na zewnatrz jest 5 stopnni!